Jan Vermeer, Ważąca perły

Jan Vermeer, Ważąca perły
Ważąca perły
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą księga miesięcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą księga miesięcy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 marca 2011

Marzec. Pierwiosnki jak rozgwiazdy

Przebiśniegi już się „wypierzyły” – białe kwiatuszki wykluły się z zielonych łupinek, pokazują słońcu złote środki w seledynowej oprawie. Pierwiosnki jeszcze nie kwitną, ale ich listki i zalążki kwiatów przypominają zielone rozgwiazdy o falbaniastych ramionach. Ptaki śpiewają – o świcie i zmierzchu (na przywitanie i pożegnanie Pana Brata Słońce), i przez cały dzień. Jeszcze czekam na żabie zaloty. Żaby też śpiewają – co prawda, raz w roku, ale za to jak...
Co roku to samo, i co roku wcale mi się nie nudzi.

wtorek, 27 lipca 2010

Lipiec. Od kuchni

Za oknem upał nie do zniesienia, w kuchni wesoło buzuje piec, pogrzewając jeszcze atmosferę. Rześki zapach obranej marchewki, natrętny odór pozostający po usmażonych naleśnikach, aromat czosnku na palcach, umyte i wyparzone słoiki, które nadal pachną kiszonymi ogórkami. Czy do sałatki z pora pasuje żółty ser? Ile kaszy ugotować na obiad dla 25 osób?
A potem nasłuchiwanie odgłosów z jadalni. Jeśli cisza, przerywana pomrukami, stuk łyżek o talerze i szybkie odchodzenie od stołu – niedobrze. Jeśli radosne pogawędki, wybuchy śmiechu, domaganie się dokładki, niechętne rozstania z biesiadnikami – jest dobrze, dobrze, dobrze!
Lipiec w kuchni na Wichrówce. Skosztuj!

poniedziałek, 31 maja 2010

Maj/czerwiec. Botanika snu nie istnieje

Raz w roku w lubelskim ogrodzie botanicznym odwiedzam przyjaciół. Są to słoneczne tulipany, odmiana Easter Surprise. Kwitną pod koniec kwietnia, zatrzymują w pomarańczowych płatkach wiosenne ciepło.
Zamykam dłoń na pączku piwonii, chcę wyczuć jego puls. Pąk jest chłodny i lepki. Minął czas tulipanów. Nadszedł czas piwonii, jego czas.
Są ludzie, którzy mnie denerwują. Chciałabym, żeby kwitli wtedy, kiedy ja chcę, i w takich kolorach, jakie ja najbardziej lubię. Wymyślam ich sobie w idealnych proporcjach, wdzięcznie schylających główki w powiewie mojego oddechu. Ale oni tacy nie są. To tylko mój sen.
A gdyby tak spojrzeć na nich jak na nieznaną, egzotyczną roślinę. Z tym większą uwagą, im skromniejsi i zwyczajniejsi się wydają. Nie widziałam subtelniejszego układu zielonych żyłek niż u nasady kwiatu koniczyny.
A gdyby tak pogodzić się z tym, że oni czasem parzą, kłują, oplątują, duszą. W obronie swojego kawałka ziemi, dostępu do słońca, odrobiny wilgoci. I że ja – też taka jestem. A nie taka, jaką widzę w swoich snach.
„Staram się usilnie zbadać ducha właściwego każdemu bytowi: szelest gałązek bambusowych, dyskretną wstydliwość źdźbła trawy, ferwor młodych pędów żonkili zwracających się ku słońcu, szkielet drzewa pochylonego przez zimowe zawieruchy, czułe spotkanie dwóch pączków, los kwiatu o czarnym środku” (Fabienne Verdier, malarka-kaligraf)

środa, 31 marca 2010

Kwiecień. Krew, która obmyła nawet gwiazdy

„O świętym Marcinie mówiono, że kiedyś objawił mu się sam Szatan pod postacią Chrystusa. Święty nie dał się jednak zwieść. »Gdzie masz swoje rany?« – zapytał. [...]
Dla mnie nie ma innej drogi, innej bramy do Niego niż ta, którą otwiera zraniona ręka i przebite serce. Nie potrafię zawołać: »Pan mój i Bóg mój!«, dopóki nie ujrzę rany zadanej sercu” (Tomáš Halík, Dotknij ran, Kraków: Znak 2010, s. 12 i 14)

czwartek, 18 marca 2010

Marzec. „ Razem ze mną nie spiesz się”

Słuchanie śpiewu małego ptaszka z rudym brzuszkiem.
Podpatrywanie małżeńskich perypetii pary czapli.
Słuchanie, jak fala oceanu bije w kamienną pierś klifu.
Zabawa w „a kuku!” z dwulatkiem.
Długa medytacja w sklepie – czy ładniej mi w zielonym golfie, czy w sweterku koloru wina?
Kto ma czas, ten jest wolny.
*
„Na początku mnichom buddyjskim nie wolno medytować [...] Zanim będziesz mógł medytować, musisz nauczyć się nie trzaskać drzwiami [...] Jaki sens miałoby rozbijanie się o sprzęty, hałasowanie, działanie w sposób niekontrolowany, a potem codzienna półgodzinna próba skupienia się i medytacji? Celem tej formacji [...] było [...] nauczenie życia, uformowanie całej osoby, zharmonizowanie, uspokojenie i wyciszenie wszystkich aspektów egzystencji. Dopiero wtedy to, co spoczywa we wnętrzu, będzie mogło się rozwinąć” (T. Merton)

piątek, 5 lutego 2010

Luty. Kiełkują przebiśniegi

Miesiąc mrozów i odwilży. Miesiąc, w którym kiełkują przebiśniegi.
Miesiąc sesji egzaminacyjnej. Setki ludzi maszerujących przez moje życie. Każdy chce być zauważony, doceniony. Każdy chce pomyślnie zaliczyć mój – trudny i powszechnie nielubiany – przedmiot. Każdy chce znaleźć zrozumienie – że się uczył, że się starał, że nie miał czasu, że chorował, że nie ma talentu, że jest cudzoziemcem i musi mieć odpowiednie oceny, żeby dostać stypendium na przyszły rok.
Ewangelizowanie przez egzaminowanie. Cholerna robota.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Styczeń. Dom pachnie niemowlęciem

Miesiąc groźnego piękna. W naszym klimacie żadna inna pora roku nie kojarzy się z urokiem, który zabija. Rozgwieżdżone niebo mroźnych nocy. Łagodna różowa poświata wschodów i zachodów słońca, pocałunek Królowej Śniegu.
Dom moich przyjaciół pachnie niemowlęciem. Mięciutki tobołeczek z czarnymi oczami, czarną czuprynką i pupą wypchaną pampersem, wpatrzony w puste miejsce na suficie. Może widzi tam anioły.
Aga, mama trójki dzieci, mówi: to nieprawda, że Dzieciątko Jezus po cichutku wchodzi w nasze życie. Dziecko przychodzi na świat z płaczem i krzykiem, rozwalając dotychczasowy świat rodziców. Każde dziecko to rewolucja, to „grzmot tak czarowny” – czarowny, ale jednak grzmot.

piątek, 11 grudnia 2009

Grudzień. Niech kwitnie ogień

Dni wypełnione pracą i szarością. Kurczący się dzień. Nie umiem znaleźć sposobu na niedobór światła. Owszem, zdarza mi się grzać serce rano na roratach. A potem wszystko stygnie, rozmywa się w mglistym przedpołudniu i wilgotnym popołudniu. Niebo się nie otwiera.

„Tutaj było ciemno, ale tam, w tym pęknięciu cienkim jak włos, jak rana po najostrzejszym ostrzu, płonął złocisty ogień, pulsowała purpurowa krew” (Andrzej Stasiuk).

piątek, 6 listopada 2009

Listopad. Skrzydło i palma

Moja rodzina przypomina palmowy liść, rozcapierzony ku górze. Ciżba kuzynów i pociotków, ciżba roześmiana, rozcałowana, serdeczna i czuła. Okrągłe twarze i szeroko rozstawione niebieskie oczy – to daleka i bliska rodzina taty, rozrosła jak dąb. Rodzina mamy – mniej jednolita i raczej topniejąca, rozproszona.

Są bóle, ale schowane w splotach nerwów, w głębi żołądków i stawów. Są niespełnione sny i zawiedzione nadzieje. Całe morze samotności. I straszny lęk przed śmiercią, który usiłujemy łagodzić śmiechami na cmentarzu, w dzień Wszystkich Świętych.

„Imię nasze pójdzie z czasem w niepamięć i nikt nie wspomni naszych poczynań. Przeminie życie nasze jakby ślad obłoku i rozwieje się jak mgła, ścigana promieniami słońca i żarem jego przybita. Czas nasz jak cień przemija, śmierć nasza nie zna odwrotu: pieczęć przyłożono, i nikt nie powraca” (Mdr 2, 4-5)

Jak trudno uwierzyć, że oprócz korzeni mam też skrzydła.

sobota, 3 października 2009

Październik. Ogród powabów dla duszy

Miesiąc pięknych barw. Żółci, która wchłonęła w siebie światło i ciepło słońca. Czerwieni, przy której można sobie ogrzać ręce. Ciekawe, że istnieją tajemnicze kolory, malowane słowem. Na przykład „płaszcz w kolorze zeschłej róży” (K. Schulz).
Miesiąc róży, ukochanego kwiatu Europy. Średniowieczny poeta pisze: „życie [...] mniej trwałe niż róża [...] dlaczego tak cię kocham?”. Różaniec: ogród, który nasyca duszę, zwierciadło, w którym oglądam Jezusa i Maryję. „Każdego dnia wpatruj się w to zwierciadło, abyś w ten sposób mogła cała przyozdobić się z zewnątrz i wewnątrz, przyodziać wzorzystą szatę, upiększyć ozdobami i kwiatami wszelkich cnót” (fragment listu św. Klary do św. Agnieszki Czeskiej, różany oddech średniowiecza).

środa, 23 września 2009

Wrzesień. Memento vitae

Wrzesień 2008, Nowy Targ. Naprzeciwko okien gabinetu stomatologicznego bociany założyły gniazdo – teraz już posejmikowały i odleciały. Pogoda – ładnie, ale smutnawo. Mgiełka, smak jeżyn i owoców dzikiej róży. W radiu śpiewa Staszek Soyka, jak kojąco brzmią jego słowa: „memento vitae”! Takie to życie, z jesienią w tle, z bocianami, które zostawiają nas i odlatują tam, gdzie wieczne lato, gdzie wydaje się być lepiej niż tu... Takie to życie, właśnie takie zostało mi dane do kochania, pamiętania, przeżycia w namiętnym rytmie tanga....
Ile poezji jest w robieniu przetworów. Zamykaniu smaków i zapachów lata w szklanych skarbczykach. Robienie przetworów pogodziło mnie kiedyś z myślą, że zima jest nieuchronna.

„Jeżeli Bóg wcielił się w człowieka, umarł i zmartwychwstał,
Wszelkie ludzkie zajęcia są godne uwagi
Tylko w tym stopniu w jakim od tego zależą,
To znaczy zyskują sens przez to wydarzenie.

Powinno się myśleć o tym w dzień i w nocy,
Co dzień, latami, coraz mocniej i głębiej,
A już najbardziej o tym, ze historia ludzkości jest święta
I każdy nasz uczynek jest jej częścią,
Zapisany na wieki, i nic nie przepada.

Ponieważ ród nasz został aż tak wywyższony,
Naszym powołaniem powinno być kapłaństwo
Nawet jeżeli nie nosimy liturgicznych szat.
A więc publiczne świadczenie na boską chwałę
Słowami, muzyką, tańcem i wszelkim znakiem” (Czesław Miłosz)

czwartek, 6 sierpnia 2009

Sierpień. Przemijaj z wdziękiem!

Miesiąc pań po trzydziestce. Kwiaty atakują zdecydowanymi kolorami – słoneczną żółcią, głębokim różem i fioletem, parzącą czerwienią. Tajemnicze popołudniowe światło, które wychwalają malarze. Na rozgwieżdżonym niebie w pogodną noc trudno znaleźć odrobinę wolnego miejsca. Niesłychana intensywność doznań. Bo – idzie jesień, czujemy już aromat jej oddechu.

Pierwsze podmuchy wiosny przynosiły nadzieję na nowe życie. Coś budziło się w ziemi, kiełkowało, wystawiało zielony łepek na świat, rosło, potężniało. „Ta nadzieja trwa do połowy lipca, kiedy stoi jeszcze zboże, ale potem, potem lato przełamuje się i już wiemy, że innego życia nie będzie” (Michał Zioło).

Święto Przemienienia Pańskiego, po grecku „Metamorphosis”. W cieniu sierpniowych obłoków przypominam sobie, że TU innego życia nie będzie. Tu jest pustynia, nie ma co przyozdabiać podartego namiotu, udając, że to pałacyk. Tu jest niewygodny kokon. Pewnego dnia rozedrze go lancet śmierci, a ja wzlecę ku Światłu.