Jan Vermeer, Ważąca perły

Jan Vermeer, Ważąca perły
Ważąca perły

niedziela, 27 marca 2011

Vermeer

Spokojne Holenderki, sznur pereł Vermeera: /Ta siedzi ze szpinetem, ta nitkę nawleka, Słodko brzemienna w oknie czyta list z daleka /A światło wsiąka w farbę i barwy zaciera. Kuchnia pełna powietrza, mżąca atmosfera – / Nalewająca w czepcu stoi z dzbankiem mleka. Pocałowane pędzlem czoło i powieka, / Wiklina na tle tynku znaczenia nabiera. Tamta mieszczka umarła już przed trzystu laty, / Lecz niejedna kobieta, gdy się uśmiechnęła, / Rozlała niczym mleko ten sam ciepły smutek. / Pozostał blask na meblach, faktura makaty I Flamandki w kornetach, skromne arcydzieła, /Nie podnoszące oczu znad swoich robótek.

Wiersze Justy

Chodziłyśmy razem do liceum. Była niesamowita. Nie wiem, co teraz robi, gdzie mieszka. Pozostały mi po niej wiersze, które sama określiła jako "Juwenilia". Wybrałam cykl "malarski". Niech inni też się nacieszą. Zacznijmy od Flamandów.

wtorek, 15 marca 2011

Marzec. Pierwiosnki jak rozgwiazdy

Przebiśniegi już się „wypierzyły” – białe kwiatuszki wykluły się z zielonych łupinek, pokazują słońcu złote środki w seledynowej oprawie. Pierwiosnki jeszcze nie kwitną, ale ich listki i zalążki kwiatów przypominają zielone rozgwiazdy o falbaniastych ramionach. Ptaki śpiewają – o świcie i zmierzchu (na przywitanie i pożegnanie Pana Brata Słońce), i przez cały dzień. Jeszcze czekam na żabie zaloty. Żaby też śpiewają – co prawda, raz w roku, ale za to jak...
Co roku to samo, i co roku wcale mi się nie nudzi.

piątek, 4 marca 2011

Małe narody

Małe narody mają swoją dumę. Może są i małe, ale mają swój język, dzieje, zabytki, piękne miejsca, które mogą z zadowoleniem pokazać innym. Owszem, może są i małe, ale miały w historii powszechnej swoje pięć minut, podczas których oczy świata były zwrócone wyłącznie w ich stronę. W wersji optymistycznej – gdy dokonali czegoś wyjątkowego (dobrego albo złego). Częściej – ponieważ ktoś zrobił im straszną i niewybaczalną krzywdę.
Małe narody mają swoje kompleksy. Przede wszystkim nerwice lękowe. Jak „niskopienne” pieski, głośno ujadające na widok psa większego od siebie. W sercu małego narodu drzemie – bardzo czujnie! – lęk przed większym narodem, który go pożre. Dlatego „nie będzie duży pluł nam w twarz!”
Zrozumiałe więc, że małe narody nie lubią się uczyć i wolą robić wszystko po swojemu. Zwłaszcza, że przeważnie latami, nawet wiekami, żyły przydeptane obcym butem. Jak roślina dotychczas zagłuszana „cudzym” chwastem, która natychmiast podnosi głowę i rozpościera się na dostępnym terenie. Albo jak pisklęta zatrzymane w rozwoju, które krzyczą, otwierając żółte dzióbki: „nie wy będziecie nas uczyć latania! sami umiemy!”

wtorek, 9 listopada 2010

Dom Wschodzącego Słońca

Mieszkam w nowym domu. Z kuchennego okna mogę codziennie oglądać wschody słońca nad miastem. Każdemu polecam.

Listopad. Armaty w kwiatach

Siostra mojej prababci była... szewcem. Zaopatrywała w buty całą wioskę. Prababcia trudniła się krawiectwem oraz handlem towarami okolicznościowymi (choinki na Boże Narodzenie, palmy na Niedzielę Palmową itp.) Obie wysokie, masywne, zaprawione w bojach z życiem. Obie – wdowy, matki kilkorga dzieci, dla których były jedynymi żywicielkami.

W życiu mojego dziadka pojawiła się najpierw jedna dziewczyna, Gienia. Planowali małżeństwo. Kiedy dziadek wrócił z wojny razem z kolegą, ona pokochała tego kolegę i została jego żoną. Dziadek – z rozpaczy? na przekór? – dwa tygodnie po ich ślubie ożenił się z jej rodzoną siostrą, Marysią. Moją babcią. Po kilkudziesięciu latach małżeństwa dziadek owdowiał i ruszył w konkury do trzeciej z sióstr, Stefci, także wdowy (dostał kosza). Jakoś kobiety z tej rodziny przypadły mu do gustu.

Mamy w rodzinie dwie siostry zakonne, bezhabitowe, obie po siedemdziesiątce. Eleganckie starsze panie, nawet strojnisie – za młodu bardzo piękne. Nie zaskoczę ich opowieściami o jeżdżeniu stopem po Europie. Jedna z nich, która zbliża się do osiemdziesiątki, kilka lat temu spędziła sześć miesięcy w... Australii. Z dumą pokazywała mi zdjęcia z kangurami i misiami koala.

Kobiety w mojej rodzinie są podobne do mazurków Chopina, które Robert Schumann nazwał armatami ukrytymi w kwiatach. Wytrwałe, odważne i konsekwentne – lub, jak kto woli, uparte i zawzięte. W pewnych sytuacjach takie cechy są pożądane, ich posiadaczka utrzymuje przy życiu rodzinę, jest oparciem dla najbliższych, dodaje otuchy. W innych sytuacjach, niestety, taka kobieta zdominuje otoczenie, swoim uporem i zawziętością niszczy innych.

Ciekawe, jaka ja jestem...

wtorek, 27 lipca 2010

Lipiec. Od kuchni

Za oknem upał nie do zniesienia, w kuchni wesoło buzuje piec, pogrzewając jeszcze atmosferę. Rześki zapach obranej marchewki, natrętny odór pozostający po usmażonych naleśnikach, aromat czosnku na palcach, umyte i wyparzone słoiki, które nadal pachną kiszonymi ogórkami. Czy do sałatki z pora pasuje żółty ser? Ile kaszy ugotować na obiad dla 25 osób?
A potem nasłuchiwanie odgłosów z jadalni. Jeśli cisza, przerywana pomrukami, stuk łyżek o talerze i szybkie odchodzenie od stołu – niedobrze. Jeśli radosne pogawędki, wybuchy śmiechu, domaganie się dokładki, niechętne rozstania z biesiadnikami – jest dobrze, dobrze, dobrze!
Lipiec w kuchni na Wichrówce. Skosztuj!