Jan Vermeer, Ważąca perły

Jan Vermeer, Ważąca perły
Ważąca perły

czwartek, 11 sierpnia 2011

Czeskie wesele/Česká svatba

Kościół cały w słonecznikach. Pan młody już nie taki młody, lekko wystraszony, we fraku, w cylindrze, z laseczką i białymi rękawiczkami. Panna młoda okrąglutka i różowa. Rodzice młodego wyelegantowani w stylu późnego cesarstwa austrowęgierskiego (medale, kapelusze itp.). Rodzice młodej po rozwodzie, nadal nie mogą na siebie patrzeć. Koleżanki młodej: żadna nie była na kościelnym ślubie, więc nie umieją mi powiedzieć, co się będzie działo. Babcia panny młodej mówi, że to drugi ślub w jej życiu (pierwszy to był jej własny). Ksiądz o urodzie amerykańskiego gwiazdora, z uśmiechem, który budził sympatię wierzących i niewierzących. Przyjęcie weselne w byłej kaplicy norbertanów, państwo młodzi w absydzie, z widokiem na chór. Tańce – muzyka przedpotopowa, facet i jego keyboard, zero zainteresowania, czy goście w ogóle tańczą. A z drugiej strony sympatyczni, ciepli ludzie, rozmowy w poklasztornym ogrodzie przy piwku, biegające dzieci (mali chłopcy zafascynowani „princezną” czyli panną młodą wyglądającą jak księżniczka), żarty i śmiechy.
Wszyscy pytają: i jak, podobało ci się? Ach, kocham się w tych Czechach jak Wokulski w pannie Łęckiej...

niedziela, 19 czerwca 2011

W niedzielę w kościele (2) Pocałuj Bozię w ogonek

Z kazania: "W pewnym kościele w Rzeszowie, na ścianie znajduje się mozaika przedstawiająca św. Michała Archanioła, który depcze szatana pod postacią smoka. Ksiądz z tej parafii opowiedział mi pewną sytuację, którą obserwował z konfesjonału. Otóż do świątyni weszła młoda mama z synkiem. Przyklękli przed tabernakulum, mama uczyła synka, jak ma się przeżegnać. W pewnym momencie pokazała dziecku mozaikę i powiedziała: a teraz idź i pocałuj Bozię w ogonek".

Można by do tego dopisywać wiele wzniosłych komentarzy o naszym bałwochwalstwie itp., ale przyznam szczerze, że o mało co nie pękłam ze śmiechu. I w zasadzie tyle na ten temat :)

W niedzielę w kościele (1) Do kogo pani przyszła?

Do kościoła przyszłam nawet punktualnie, ale o wolnym miejscu nie było co marzyć. Na szczęście jest taki mały kącik za konfesjonałem, gdzie można usiąść na marmurowym parapecie. Zainstalowałam się tam podczas czytań. Szybko dołączyła do mnie dziewczynka w turkusowej bluzie od dresu. Usiadła i zapytała:
- Do kogo pani tu przyszła?
Zatkało mnie.
- Do kogo? Do Pana Boga.
Dzieciak rozpłynął się w uśmiechu.
- O, ja też!

Pani od plastyki

Koniec roku szkolnego! Chociaż lata szkolne mam już dawno za sobą (Bogu dzięki), nadal końcówka czerwca przyjemnie mi się kojarzy. Głównie dlatego, że sama szkoła kojarzy mi się źle. A najgorzej – pani od plastyki.

Chodziłam do podstawówki w latach 1982-1990. Przez 5 lat pani od plastyki była naszą zmorą. Nienawidziliśmy jej, a ona nas. Mieliśmy więcej ocen niedostatecznych z plastyki niż z matematyki. Brak bloku rysunkowego – dwója. Brak kredek – dwója. Brak zeszytu – dwója. W chwilach zacietrzewienia pani kazała nam sprawdzać, czy ładnie wyglądamy w pomarańczowych kamizelkach MPO albo groziła, że po podstawówce nie dostaniemy się nawet do szkoły pralniczej, gdzie jest więcej miejsc niż kandydatów. Ona czuła się bezkarna i była bezkarna. Podobno dlatego, że jej mąż był milicjantem. Tego nie wiem, ale coś było na rzeczy. Tej pani wszyscy się bali.

Rysowaliśmy prace na konkurs „Ludowe Wojsko Polskie”, plakaty o straży pożarnej i o Warszawie. Moje rysunki z tego okresu były po prostu ohydne. Lepsze jednak niż dzieła pod tytułem „Bitwa mrówek” albo „Ptasie wesele”. Pamiętam całkiem udane impresje batalistyczne moich kolegów: mrówki atakujące na ślimakach, uzbrojone w karabiny maszynowe. Trója! Pani nie to miała na myśli. Lubiła pastelowe kolory i łagodne wizje. Najładniejsza praca w konkursie „Warszawa moja stolica” (albo coś w tym stylu) przedstawiała długorzęsą syrenkę na tle tęczy. Syrenka miała ten sam głupkowaty wyraz twarzy co lalka Gerda, którą mama przywiozła mi z dwudniowej wycieczki do NRD.

W ósmej klasie wrogiem publicznym numer 1 dla pani od plastyki stał się kolega wybitnie uzdolniony, ale – niestety – długowłosy. Zdaje mi się, że był nawet zagrożony na koniec roku z plastyki. Spotkałam go kilka lat później w Łazienkach. Skończył Akademię Sztuk Pięknych.

Żeby tak precyzyjnie zabić w dzieciach miłość do sztuki. Żeby tak zniechęcić do tworzenia. Minęły lata całe, zanim odważyłam się coś narysować, wykleić czy sfotografować.

Skąd dziś przyszła mi na myśl pani od plastyki? Rozmawiałam z przyjaciółką – panią od muzyki. Przyjaciółka opowiadała o uczennicy, która w zerówce nie chciała w ogóle śpiewać, a głos miała – cichutki, ale czysty. Pięć lat pracowały razem. Dużo w tym było delikatnych zachęt, a jeszcze więcej czekania, aż z pączka rozwinie się kwiat. Słyszałam to dziecko w styczniu na szkolnym koncercie kolęd. Pamiętam do tej pory, co zaśpiewała i jak to zrobiła. Włożyła w kolędę swoje serce i coś sprawiło, że moje serce poczuło te wibracje.

Są takie przedmioty szkolne, które trenują umysł i hartują wolę. A są takie (schowane pod etykietą „sztuka”), które otwierają serce – to, co zapisane głęboko. Wszystkie „PRLowskie panie od plastyki” – precz z łapami!

środa, 1 czerwca 2011

Pisanie jest jak ząbkowanie

W moich dziąsłach coś jest. To coś ma swoje własne życie i wylezie dopiero wtedy, kiedy zechce. Ale jak swędzi, jak boli! Nie można spać, nie da się żyć. Wszystko doprowadza do łez bólu i wściekłości. Niestety, zęby nie chcą wyjść szybciej, kiedy jesteś na nie wkurzony. O tym, że są, świadczą tylko spuchnięte dziąsła, naznaczone białymi punkcikami.
Pewnego dnia (albo nocy) – zaczyna wychodzić pierwszy ząb. A później to już po kolei. Jednak! Ulga! Radość! Poczucie dumy. Poczucie z lekka absurdalne: te zęby wyszły przecież same, w niczym im nie pomogłam. Ale – to MOJE zęby.

środa, 6 kwietnia 2011

Aria Walkirii czyli kolaż (3) Wspomnienie

Jest 29 marca 2010 roku. Wielki Poniedziałek. Wybieram się na uczelnię i jestem wyjątkowo zdenerwowana, ponieważ będę przedstawiać kolegom na seminarium projekt mojej habilitacji. W ostatnich przygotowaniach (makijaż itp.) towarzyszy mi audycja „Prywatna kolekcja” w radiowej Trójce. Gościem programu jest kompozytor Michał Lorenc. Opowiada o piosence śpiewanej na ulicy, w Londynie, przez kloszarda, odpowiednika naszych pijaczków spod „Biedronki”. Gavin Bryars nagrał tę piosenkę i zinstrumentalizował, Tom Waits dodał swój chropowaty bas. Uliczny lump śpiewa głosem drżącym jak głos dziecka: Jesus' blood never failed me yet/this one thing I know/that He loves me so. A ja siedzę i płaczę. Niezdolna do najmniejszego ruchu. Nic na świecie nie jest w stanie przerwać mi słuchania. Cokolwiek się wydarzy, nawet jeśli katastrofalnie się spóźnię, a koledzy wyśmieją moje naukowe pomysły (tak zresztą się stało) – jedną rzecz wiem na pewno: On mnie kocha, Jego Krew jeszcze nigdy mnie nie zawiodła... Wracam do tej piosenki, kiedy życie mnie przerasta. Nucę ją w myślach, jadąc w nocy przez obce miejsca z obcymi ludźmi. Słucham jej, siedząc przy komputerze nad trudnym tekstem. Teraz też – http://www.youtube.com/watch?v=dnYA0w4cWiE

Aria Walkirii czyli kolaż (2) Bojowa pieśń tygrysicy

Niedawno wydana w języku polskim książka Amy Chua „Bojowa pieśń tygrysicy. Dlaczego chińskie matki są lepsze?” (Warszawa: Prószyński i Ska 2011) omawia dwie strategie wychowawcze, charakterystyczne dla dwóch kręgów kulturowych: euroatlantyckiego i azjatyckiego. Styl azjatycki („chińska matka”) odznacza się stawianiem wysokich wymagań i bezwzględnym ich egzekwowaniem, bez pobłażania i taryf ulgowych. Lepiej zmusić dziecko do pracy, by osiągnęło sukces i w ten sposób przekonało się, ile jest warte, niż powtarzać mu mantrę, że jest wyjątkowe i wspaniałe. Amy Chua opowiada o swoich córkach, Sophii – pianistce, i Lulu – skrzypaczce. Jeden z epizodów dotyczy przygotowań Sophii do koncertu, na którym miała wykonać rondo Mozarta na fortepian i orkiestrę D-dur (s. 74-75). Dziewczynka miała wówczas dziesięć lat i ćwiczyła codziennie minimum po pięć godzin dziennie, również podczas wakacji. Przygotowanie ronda wymagało dodatkowych „nadgodzin”. Razem z mamą, która była dla niej jak „sierżant od musztry”, pierwszą godzinę Sophia pracowała nad artykulacją (czystością dźwięków), drugą nad tempem (z metronomem), trzecią nad dynamiką, czwartą nad frazowaniem... Niejedna łezka popłynęła z jej oczu podczas tych lekcji. Na koncercie dziewczynka grała lekko, nadając utworowi własną, odkrywczą interpretację. Słuchacze komentowali, że najwyraźniej granie sprawia Sophii ogromną frajdę. Amy Chua wspomina (s. 75-76), że w tym momencie pomyślała o dziwnych śladach, które jej mąż odkrył na fortepianie tuż ponad górnym C. Sophia przyznała, że czasami, kiedy nikt nie patrzy, wbija zęby w te klawisze...