Jan Vermeer, Ważąca perły

Jan Vermeer, Ważąca perły
Ważąca perły

piątek, 4 marca 2011

Małe narody

Małe narody mają swoją dumę. Może są i małe, ale mają swój język, dzieje, zabytki, piękne miejsca, które mogą z zadowoleniem pokazać innym. Owszem, może są i małe, ale miały w historii powszechnej swoje pięć minut, podczas których oczy świata były zwrócone wyłącznie w ich stronę. W wersji optymistycznej – gdy dokonali czegoś wyjątkowego (dobrego albo złego). Częściej – ponieważ ktoś zrobił im straszną i niewybaczalną krzywdę.
Małe narody mają swoje kompleksy. Przede wszystkim nerwice lękowe. Jak „niskopienne” pieski, głośno ujadające na widok psa większego od siebie. W sercu małego narodu drzemie – bardzo czujnie! – lęk przed większym narodem, który go pożre. Dlatego „nie będzie duży pluł nam w twarz!”
Zrozumiałe więc, że małe narody nie lubią się uczyć i wolą robić wszystko po swojemu. Zwłaszcza, że przeważnie latami, nawet wiekami, żyły przydeptane obcym butem. Jak roślina dotychczas zagłuszana „cudzym” chwastem, która natychmiast podnosi głowę i rozpościera się na dostępnym terenie. Albo jak pisklęta zatrzymane w rozwoju, które krzyczą, otwierając żółte dzióbki: „nie wy będziecie nas uczyć latania! sami umiemy!”

wtorek, 9 listopada 2010

Dom Wschodzącego Słońca

Mieszkam w nowym domu. Z kuchennego okna mogę codziennie oglądać wschody słońca nad miastem. Każdemu polecam.

Listopad. Armaty w kwiatach

Siostra mojej prababci była... szewcem. Zaopatrywała w buty całą wioskę. Prababcia trudniła się krawiectwem oraz handlem towarami okolicznościowymi (choinki na Boże Narodzenie, palmy na Niedzielę Palmową itp.) Obie wysokie, masywne, zaprawione w bojach z życiem. Obie – wdowy, matki kilkorga dzieci, dla których były jedynymi żywicielkami.

W życiu mojego dziadka pojawiła się najpierw jedna dziewczyna, Gienia. Planowali małżeństwo. Kiedy dziadek wrócił z wojny razem z kolegą, ona pokochała tego kolegę i została jego żoną. Dziadek – z rozpaczy? na przekór? – dwa tygodnie po ich ślubie ożenił się z jej rodzoną siostrą, Marysią. Moją babcią. Po kilkudziesięciu latach małżeństwa dziadek owdowiał i ruszył w konkury do trzeciej z sióstr, Stefci, także wdowy (dostał kosza). Jakoś kobiety z tej rodziny przypadły mu do gustu.

Mamy w rodzinie dwie siostry zakonne, bezhabitowe, obie po siedemdziesiątce. Eleganckie starsze panie, nawet strojnisie – za młodu bardzo piękne. Nie zaskoczę ich opowieściami o jeżdżeniu stopem po Europie. Jedna z nich, która zbliża się do osiemdziesiątki, kilka lat temu spędziła sześć miesięcy w... Australii. Z dumą pokazywała mi zdjęcia z kangurami i misiami koala.

Kobiety w mojej rodzinie są podobne do mazurków Chopina, które Robert Schumann nazwał armatami ukrytymi w kwiatach. Wytrwałe, odważne i konsekwentne – lub, jak kto woli, uparte i zawzięte. W pewnych sytuacjach takie cechy są pożądane, ich posiadaczka utrzymuje przy życiu rodzinę, jest oparciem dla najbliższych, dodaje otuchy. W innych sytuacjach, niestety, taka kobieta zdominuje otoczenie, swoim uporem i zawziętością niszczy innych.

Ciekawe, jaka ja jestem...

wtorek, 27 lipca 2010

Lipiec. Od kuchni

Za oknem upał nie do zniesienia, w kuchni wesoło buzuje piec, pogrzewając jeszcze atmosferę. Rześki zapach obranej marchewki, natrętny odór pozostający po usmażonych naleśnikach, aromat czosnku na palcach, umyte i wyparzone słoiki, które nadal pachną kiszonymi ogórkami. Czy do sałatki z pora pasuje żółty ser? Ile kaszy ugotować na obiad dla 25 osób?
A potem nasłuchiwanie odgłosów z jadalni. Jeśli cisza, przerywana pomrukami, stuk łyżek o talerze i szybkie odchodzenie od stołu – niedobrze. Jeśli radosne pogawędki, wybuchy śmiechu, domaganie się dokładki, niechętne rozstania z biesiadnikami – jest dobrze, dobrze, dobrze!
Lipiec w kuchni na Wichrówce. Skosztuj!

czwartek, 10 czerwca 2010

La vie en rose

Przynajmniej raz w roku chodzę po różach. Dosłownie. Co prawda, te róże nie są rzucane pod nogi z myślą akurat o mnie. Już wiesz, prawda? Bo Ty też chodzisz czasem po różach. W Boże Ciało.
O Eucharystii nie da się mówić spokojnie i chłodno. Dlatego czytam wiersze Andaluzyjczyków, pachnące upałem, krwią i pomarańczą.

Twoje Ciało, Panie, całe
przed mymi oczami.
Twoje Ciało Boskie, zorane,
z krwawymi pręgami.

Twoje Ciało, Panie, całowane
moim życiem szalonym.
Twoje Ciało, Panie, zakochane
we mnie uwięzionym.

Dziś Cię widziałem, dotykałem,
wąchałem i smakowałem,
dzisiaj Cię słyszałem
i cały, bez reszty, w Tobie pozostałem. [...]

Ty, Panie, dla ciała mego,
a moje ciało dla Ciebie [...]

(Francisco Aparicio, Twoje Ciało, tł. pol. J. Szymik)

poniedziałek, 31 maja 2010

Poezja mistyczno-kulinarna

Ten wiersz napisał czeski jezuita o nazwisku Bridel. Wiersz tchnie barokiem w sympatycznej odmianie. Prawdę mówiąc, nadal trudno mi sobie wyobrazić, że coś takiego można było napisać z myślą o Bogu. A jednak!...

Jesteś sklepem pełnym miodu...
Jesteś rozkoszą ogrodu,
Balsamem, kwiatem, zielenią, rajem...

Czemu szukam jasności
U słońca i księżyca?
Czemu szukam przyjemności
W roślinach pełnych goryczy,
Winie i innych rozkoszach,
W suto zastawionym stole i muzyce?

Jeśli chcę mleka, śmietanki,
Ciastek i owoców w cukrze,
Wszystko mogę mieć u Ciebie,
Wszystkie cukry i kolendry

Maj/czerwiec. Botanika snu nie istnieje

Raz w roku w lubelskim ogrodzie botanicznym odwiedzam przyjaciół. Są to słoneczne tulipany, odmiana Easter Surprise. Kwitną pod koniec kwietnia, zatrzymują w pomarańczowych płatkach wiosenne ciepło.
Zamykam dłoń na pączku piwonii, chcę wyczuć jego puls. Pąk jest chłodny i lepki. Minął czas tulipanów. Nadszedł czas piwonii, jego czas.
Są ludzie, którzy mnie denerwują. Chciałabym, żeby kwitli wtedy, kiedy ja chcę, i w takich kolorach, jakie ja najbardziej lubię. Wymyślam ich sobie w idealnych proporcjach, wdzięcznie schylających główki w powiewie mojego oddechu. Ale oni tacy nie są. To tylko mój sen.
A gdyby tak spojrzeć na nich jak na nieznaną, egzotyczną roślinę. Z tym większą uwagą, im skromniejsi i zwyczajniejsi się wydają. Nie widziałam subtelniejszego układu zielonych żyłek niż u nasady kwiatu koniczyny.
A gdyby tak pogodzić się z tym, że oni czasem parzą, kłują, oplątują, duszą. W obronie swojego kawałka ziemi, dostępu do słońca, odrobiny wilgoci. I że ja – też taka jestem. A nie taka, jaką widzę w swoich snach.
„Staram się usilnie zbadać ducha właściwego każdemu bytowi: szelest gałązek bambusowych, dyskretną wstydliwość źdźbła trawy, ferwor młodych pędów żonkili zwracających się ku słońcu, szkielet drzewa pochylonego przez zimowe zawieruchy, czułe spotkanie dwóch pączków, los kwiatu o czarnym środku” (Fabienne Verdier, malarka-kaligraf)